piątek, 17 grudnia 2010

Wrona i smutek Waryńskiego

Znalazłem kupę forsy. 140 złotych. Słownie: sto czterdzieści złotych zero groszy. Dwa banknoty po 10 złotych, jeden o nominale 20. złotych i jeden - 100. złotych.

Dziesięciozłotówek i dwudziestozłotówki nie wydałem, bo są pamiątkami ze stanu wojennego. Mają stemple z hasłami: "Wrona nas nie pokona" i "Solidarność".

Z tego, co pamiętam - a zwykle dobrze pamiętam - stemple te zrobił mój kuzyn Jurek Węglarski w obozie internowania.

Dla tych co nie wiedzą: 10 zł - Józef Bem, 20 zł - Romuald Traugutt, a 100 zł- Ludwik Waryński.
Z kolei na stuzłotówce nie ma żadnych stempli, ale jest przedarta na pół. Dlaczego? Dostałem ten banknot z kimś na spółkę. Taki żart. Mogliśmy wydać go tylko razem i jak widać nie wydaliśmy.

Przypomniała mi się anegdota związana ze stuzłotówką, z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Podniesiono wtedy cenę pół litra najtańszej wódki do stu złotych. A niedługo potem wprowadzono obowiązek płacenia 3 złotych kaucji za półlitrową butelkę monopolową.
Był to taki dowcip-zagadka.
"Dlaczego Waryński na stuzłotówce ma taką smutną minę. Bo brakuje mu 3 złotych do pół litra, a i organ ma z tyłu".


wtorek, 14 grudnia 2010

Brama prymasa. Cieć, ubek, minister i dwaj studenci

Jeszcze przed północą było wiadomo, że dzieje się coś poważnego. Telefony przestały działać. A na strajk na Politechnice Warszawskiej zaczęli przychodzić pierwsi ci, którzy uniknęli aresztowania. Wiedzieliśmy już, że spacyfikowano siedzibę Regionu Mazowsze „Solidarności” na ulicy Mokotowskiej.

Z Piotrkiem Niemczyckim pojechaliśmy sprawdzić co się dzieje na Szpitalnej w siedzibie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Tam na szczęście nic się nie działo. Mieli wieści z miasta i czekali z niepokojem na to, co miało się nieuchronnie wydarzyć. Z Piotrkiem pojechaliśmy jeszcze w parę miejsc i znów wróciliśmy na Szpitalną. Nie mieliśmy dobrych wiadomości. Był środek nocy i ktoś wpadł na pomysł, żeby zawiadomić władze kościelne.

I znów we dwóch ruszyliśmy. Próbowaliśmy i tu, i tam. Albo na przeszkodzie stał zepsuty dzwonek, albo dziwni faceci pod drzwiami. Podjęliśmy decyzję idziemy do Prymasa. Zawitaliśmy na Miodową. Stanęliśmy pod wielką bramą i bez wahania zadzwoniliśmy. Nagle za naszymi plecami zatrzymały się dwa samochody. Chwila nieprzyjemnej niepewności. Ale to wyglądało na limuzynę z obstawą. Nie wiedzieliśmy, czy w zaistniałych okolicznościach to dobrze czy źle. Nie było sensu też nigdzie uciekać, więc w środku nocy staliśmy jakby się nic stało i w najbardziej naturalny ze wszystkich możliwych sposobów dzwoniliśmy do tej bramy.

Z samochodu wysiadł człowiek, który pewnie był borowcem, dla nas wyglądał jak klasyczny ubek. Ociężały, trochę nawet misiowaty. Ubrany w jakąś jesionkę z futerkowym kołnierzykiem, na głowie miał typowy dla nich kapelusz z malutkim rondem. Podszedł do nas. Stanął obok. Nie patrzył na nas. Udawał - podejrzewam - że nas nie widzi. Milcząc, z pewnym ociężałym dostojeństwem uniósł rękę i nacisnął dzwonek. Zadzwonił.

Przez jakiś czas staliśmy i tak sobie dzwoniliśmy. Raz, on, raz my, raz on, raz my, raz on, raz my...

W pewnym momencie otworzyły się drzwi w oficynie. Wyszedł cieć i jak gdyby nigdy nic zaczął odgarniać śnieg. Cieć szuflą śmiga i tu i tam, uwija się jakby pracował na akord, a my z ubekiem przy bramie dzwonimy. Raz on, raz my, raz on, raz my...

W końcu uznaliśmy, że ubek i tak dzwoni, więc trzeba dotrzeć do ciecia w sposób bezpośredni. Oddaliśmy się z 10-15 metrów od ubeka i zaczęliśmy nawoływać ciecia. Cieć jak to cieć początkowo udawał, że nic nie słyszy. Aż wreszcie w pewnym momencie zdecydował się do nas podejść. Przedstawiliśmy mu co się dzieje w Warszawie i poprosiliśmy, żeby nas skontaktował z jakimś sekretarzem Prymasa.

Wtedy cieć dostojnie z pewnym ociąganiem otworzył bramę. Wjechała limuzyna, był w niej ówczesny kierownik Urzędu do spraw Wyznań min. Jerzy Kuberski. Samochód stanął pod wejściem głównym. Nas cieć poprowadził bocznym do jakiegoś młodego księdza, któremu opowiedzieliśmy o tym co się dzieje w nocy w Warszawie.

Wróciliśmy z pewnymi perturbacjami na Szpitalną, gdzie wysłuchaliśmy pierwszego wystąpienia telewizyjnego Jaruzelskiego, (dziś byśmy powiedzieli premierowej emisji). To co się wydawało złym snem stało się jawą. Siedzieliśmy tam nie wiedząc co o tym myśleć. I wtedy ktoś wstał i powiedział: - Patrzcie to Wrona. Nie kojarzyliśmy, więc on tablicy napisał pełną nazwę i podkreślił skrót.

Nie było co siedzieć, więc zaczęliśmy ratować to, co było do uratowania: sprzęt poligraficzny i pieniądze. Schodziliśmy do podziemia.

piątek, 3 grudnia 2010

Taki jest Kraków

Czytam komunikaty z Krakowa, który szykuje do wielkiej bitwy. Walka jest już teraz bezwzględna, a przeciwnicy dotychczasowego włodarza miasta sięgają po najstraszliwszą broń. Róża Maria Gräffin von Thun und Hohenstein de domo Wożniakowska kolportuje na fejsbuku wiersz, prawdopodobnie własnego autorstwa, w którym demo-kracik ma wrzucić najpierw granacik w piernacik, by potem wygrać skreślając kwadracik.

Tocząca się w tym mieście walka wywołująca emocje, niepamiętne od czasów chyba Rzeczpospolitej Krakowskiej, jest dla mnie zupełnie obojętna i niezrozumiała. Ale jak przeczytałem, że jeden z moich znajomych woli mieć uboższą męskość, by tylko dotychczasowy prezydent nie wygrał, poważnie się zaniepokoiłem.

Szybko i nerwowo wśród rozlicznych judaików i varsavianów zacząłem szukać czegoś co, by mi choć w części wytłumaczyło złożoność duszy krakowskiej.

Najpierw wpadły mi w ręce „Pamiętniki” Eryka Lipińskiego wydane w 1945 roku w Krakowie. Na stronie 142 znalazłem następujący fragment, w którym artysta opisywał jak po upadku Powstania Warszawskiego znalazł się w Krakowie.

„Do Związku Plastyków nas nie przyjęto - pisał Lipiński - ponieważ krakowscy artyści zażądali, żebyśmy przedstawili komisji artystycznej namalowane przez nas obrazy olejne. Jako że ich pracownie i dorobek pozostały nienaruszone, nie wyobrażali sobie, że opuszczając zburzoną Warszawę nie wzięliśmy pod pachę obrazów”.

To nie wytłumaczyło mi jednak złożoności duszy krakowskiej i znów wpychało mnie w odmęty stereotypów regionalnych. Bijąc się w piersi w duchu kościoła łagiewnickiego i nucąc melodie z Piwnicy pod Baranami postanowiłem pogłębić się poezją. Wybór padł na klasyka. Jarosława Iwaszkiewicza „Liryki”. Dobrze.

Przerzucając kartki tego cudownego tomu wzrok mój przyciągnął wiersz „Kraków”:


„Jaki miły ten Kraków. Sami nieboszczycy:

To pani Arturowa wysiada z karocy,

Tu Boy chodząc po rynku wielkim głosem krzyczy

Z żalu, zupełnie trzeźwy, o samej północy.


Tu Witkacy się kłania Fusi kapeluszem.

Niusia mnie list Lechonia, księcia Polaków.

A Mickiewicz się z krypty ciągnie - zacna dusza -

I pyta wciąż uparcie: to taki jest Kraków?”*


*Jarosław Iwaszkiewicz, „Liryki”, wyboru dokonał Autor, uzupełnił Jerzy Lisowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, wiersz ”Kraków”, s. 350


poniedziałek, 22 listopada 2010

Cios demokracji

Wybory samorządowe minęły. Mogę się więc przyznać, że w tej rodzimej samorządności maczałem swoje brudne palce. Dwadzieścia lat temu, wiosną 1990 roku wraz z grupą dziennikarzy o rodowodzie opozycyjnym wszedłem w skład kierowanego przez Michała Kuleszę zespołu tygodnika "Wspólnota". Pismo to powstało na gruzach istniejącego w PRL tygodnika "Rada Narodowa".
Pomysł naszego redaktora naczelnego, a teraz profesora MichałaKuleszy był prosty i wzorowany na tym, co zastosował w "Rzeczpospolitej" Dariusz Fikus. Stary zespół po prostu zmieszano z ludźmi, którzy mieli za sobą doświadczenia podziemne. Kto nie potrafił pójść na kompromisy sam odchodził. W takim też składzie dyskutowaliśmy o idei samorządności i jeździliśmy po Polsce, żeby opisać to co się dzieje. A działo się dużo. Oj, działo się.
Ponieważ byłem liberałem gospodarczym zostałem przewodniczącym zakładowej "Solidarności", bo po wprowadzeniu reformy Balcerowicza nasz status prawny był tak skomplikowany i niejasny, że ktoś musiał negocjować warunki wszystkich pracowników tygodnika.
I tu jest najzabawniejszy fragment rzeczywistości z początków III RP. Wydawcą "Wspólnoty" tak jak zresztą wcześniej "Rady Narodowej" była Kancelaria Prezydenta. Krótko mówiąc moim szefem był Wojciech Jaruzelski.
Tyle lat knucia, spiskowania. I od razu na samym początku demokracji taki cios.

sobota, 6 listopada 2010

Poufne nr 000331


Nie mogę tych informacji trzymać dłużej w sekrecie. Muszą ujrzeć światło dzienne. Po 32 latach. Być może to jest jedyny egzemplarz jaki ocalał z dziejowej zawieruchy. Egzemplarz nr 000331.
"Zmodyfikowany system ekonomiczno-finansowy przemysłu kluczowego" z lutego 1978 roku miał być naszym socjalistycznym ciosem w gospodarkę zgniłego kapitalizmu. Kluczem do zwycięstwa.
"Zmodyfikowany system preferuje więc inwestycje szybkorentujące i modernizacyjne, przyczyniające się do wykorzystania krajowych surowców"- czytamy w zakończeniu, choć ostatnie zdanie powinno budzić już wówczas niepokój: "Brak bowiem środków dewizowych na import kompletacyjny wpłynął hamująco na eksport kompletnych obiektów".
To były te klucze właśnie.

PS. Zostawiam z lekturą zasad premiowania kadry kierowniczej.



środa, 3 listopada 2010

Zgłoszenie dewizowe



Pamiętam kantory na Zachodzie i nerwowych Polaków pod nimi. Przeliczających w pamięci złotówki na marki, marki na dolary, dolary na franki, franki na liry, liry na szylingi, szylingi na korony, a korony na złotówki.
Oczywiście, zawsze chodziło o czarnorynkowy kurs złotówki. On był jedynym realnym kursem, ale i też trudno wyobrażalnym. Złotówka na Zachodzie nie istniała. Taki pieniądz bez wartości. Aż wreszcie Polacy - a były to lata 70. XX wieku - zaciągnęli mnie na Mexicoplatz we Wiedniu, gdzie w kantorach można było wymienić banknoty tysiączłotowe na dowolne pieniądze świata. Poczułem się od razu lepiej.
Sześć lat temu spędzałem wakacje we Francji, nad Atlantykiem. Miałem przy sobie pewną kwotę dolarów, którą postanowiłem zamienić na euro. Co zaglądałem do banku to bezradnie rozkładano ręce.
- Proszę pana, tu jest bank - mówiono. - Tu nie ma pieniędzy.
Od razu poczułem się lepiej.

wtorek, 2 listopada 2010

Wkładka paszportowa



Wkładki paszportowej w końcu nie miałem. Wkładka paszportowa to był taki niby-paszport do krajów socjalistycznych, ważny był tylko z dowodem osobistym i nigdzie indziej nie udałoby się z tym normalnie pojechać.
Chodziłem do szkoły wieczorowej i z kolegami wpadliśmy na pomysł wyjazdu do Czech lub Bułgarii. Udałem się do wydziału paszportowego, który podlegał wówczas komendzie milicji obywatelskiej. Wziąłem stosowny wniosek, wypełniłem go, nakleiłem swoje zdjęcie, a w szkole wieczorowej podstemplowali mi ten dokument.
Udałem się ponownie do wydziału paszportowego, podszedłem do okienka, w którym siedziała klasyczna biurwa. Obejrzała moją wkładkę paszportową i powiedziała mi, że jej nie przyjmie, bo nie pracuję, a chodzę do szkoły wieczorowej. Grzecznie poprosiłem o wyjaśnienie, dlaczego chodząc do szkoły wieczorowej muszę pracować.
- Żona przy mężu nie musi pracować - powiedziała.
- Nie jestem żoną - zauważyłem.
- Żona przy mężu nie musi pracować - powtarzała jak automat.
- Nie jestem też żonaty - powiedziałem, a ona nadal powtarzała swoją mantrę.
- Jestem kawalerem - podkreśliłem, ale ona znów swoje. Dorzuciłem jeszcze pytanie: - Dlaczego żona przy mężu nie musi pracować?
Wywołało to prawdziwą furię milicyjnej urzędniczki, która powtarzając, że „żona przy mężu nie musi pracować”, dziurawiła długopisem mój wniosek. Uzyskanie jakiejkolwiek rozsądnej odpowiedzi było już nie możliwe, a i ja - widząc zainteresowanie jej mundurowych kolegów - wolałem się wycofać.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Wesoła szkoła myje nagrobek



Najważniejszym elementem ludzkiej pamięci jest czystość. Czystość dosłowna. Nie serc, nie duszy. Ale czystość nagrobka. "Mama myje pomnik. I ja myję pomnik". Jak już pomnik jest umyty i lampki są zapalone, to mama stoi smutna i zadumana. Pewnie martwi się, że zaraz listki spadną na nagrobek i go pobrudzą.
A może nie domyła pomnika. Może była niedokładna. Fleja taka. Może użyła za mało środka czyszczącego? I teraz ją to wszystko trapi i dręczy. Stoi i się biedna umartwia. Ale w takiej sytuacji należy podać matce rękę. Od razu lepiej się poczuje. Pomyśli sobie, że za rok, dwa pogoni dziecko do mycia pomnika. I wtedy pomnik będzie pięknie domyty.
Tylko te cholerne liście. Brudzą pomnik. Trzeba będzie podlać drzewo jakimś żrącym kwasem. To uschnie. Matka wie, że dziecko tak samo myśli. Rozumie ten znak. Bez słów. Dlatego splatają dłonie. I od razu mają raźniejsze miny. Wiedzą już, że razem zniszczą to cholerne drzewo. Taka bliskość.

--------

Wesoła szkoła. Kształcenie zintegrowane w klasie 1. Podręcznik. Część 2. Autorzy: Stanisława Łukasik, Helena Petkowicz, Stanisław Karaszewski, Irena Micińska-Łyżniak, Joanna Straburzyńska, Anna Wiśniewska, Ewa Witkowska, Ilustracje: Katarzyna Czerner-Wieczorek, Grzegorz Szumowski, Koncepcja graficzna: Danuta Cesarska, Wojciech Jaruszewski, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne Spółka Akcyjna, Warszawa 2007, wydanie ósme udoskonalone, str. 4-5

środa, 20 października 2010

Klub z rzecznikiem, klubem mniej awanturującym się

Proszę Państwa! Tylko u nas! Tylko na naszej antenie! Dziś mecz! Pojedynek rzeczników kultury politycznej! U nas w błocie pokażą co myślą o przeciwnej im hołocie! Tylko u nas w błocie!

Próbuję sobie wyobrazić praktyczny wymiar historycznej propozycji Bronisława Komorowskiego utworzenia przy każdym klubie poselskim instytucji rzecznika kultury. Najpierw myślałem, że jest to początek narzucenia sejmowi rytmu pracy placówki szkolno-oświatowej. Oczami wyobraźni zobaczyłem posłów z dzienniczkami ucznia, przepraszam posła, oraz kart aktywności. Byłby to też wspaniały pretekst do podniesienia dotacji dla parlamentu i partii, co na pewno wpłynęłoby na dalsze umacnianie się demokracji w Polsce, a w szczególności na umocnienie pozycji członków przyszłej komisji przetargowej i ich rodzin.
Poseł otrzymuje dzienniczek i co mu tam wpisać z kultury politycznej? Tak po prostu, że nie jest chamem. To z byt proste. Że krawat dobrał do obicia sali sejmowej. Przecież nie oto chodzi. Nie tak sobie wyobrażamy kulturę polityczną.
Mój znajomy, Maciej Gawlikowski słusznie zauważył, że to nie sam rzecznik, to powinny być nawet pary kultury politycznej. I zaproponował odpowiednie zestawienia. PiS reprezentowałaby dwójka Joanna Szczypińska i Witold Waszczykowski, zaś parę PO stanowiliby Andrzej Czuma i Stefan Niesiołowski. Zaproponowałem drobne zmiany. Szczypińską przesunąłbym do rezerwy, a do pierwszej dwójki dałbym jednak Beatę Kempę, W PO oczywiście nie mogą w takiej sytuacji odżałować odejścia Janusza Palikota i Kazimierza Kutza, którzy byliby niepokonani chyba w całej galaktyce. Ale para Czuma-Niesiołowski wydaje się być świetna, do rezerwy wstawić wypadałoby Julie Piterę.
Skoro już skompletowaliśmy drużyny rzeczników kultury politycznej, warto się zastanowić czym rzecznicy powinni się zajmować. Odpowiedź jest prosta: kulturą polityczną. A kulturę polityczną tworzy się w konfrontacji z jej brakiem, z gorsza kulturą, z potępieniem chamstwa. W związku z tym drużyny rzeczników kultury politycznej powinny się konfrontować na żywo z przeciwnikiem, politycznymi troglodytami, w ogniu walki. I powinny udowodnić chamstwu kto ma wyższą kulturę.
Gawlikowski proponuje, by podczas publicznych i transmitowanych przez media spotkań rzecznicy kultury politycznej używali zwykłego błota. Kisiel tylko w wyjątkowych sytuacjach. Błoto rzeczywiście wydaje się lepsze.
Choć kisiel… też może być niezły. W końcu wczoraj pewien dziennikarz w kontekście łódzkiej zbrodni powiedział, że po dwudziestu latach debata nabiera wreszcie kolorytu.

Co nas dzieli? Nic nie dzieli! Kiedy topię ryja wroga w tym kisielu!

wtorek, 31 sierpnia 2010

Hospicjum im. Podziałów Politycznych

Nie zawsze szlachetne znaczy najlepsze. Czasami jest wręcz odwrotnie.
Tak – niestety! – stało się w przypadku apelu siostry Małgorzaty Chmielewskiej, która zaproponowała, żeby ofiary katastrofy smoleńskiej upamiętnić wybudowaniem hospicjum dla dzieci. Idei samej w sobie pięknej. Ale w tym przypadku pomysł hospicjum nikogo nie zjednoczy, a raczej jeszcze bardziej strony podzieli. Dlaczego?
Po pierwsze: do konfliktu politycznego wciąga chore dzieci. Po żenujących dyskusjach i zachowaniach wokół krzyża dojdą dyskusje z kolei na ten temat. Będzie jeszcze przyjemniej.
Po drugie: istotą konfliktu nie jest samo upamiętnienie, ale sposób upamiętnienia. Jedni chcą, żeby to był pomnik w pobliżu Pałacu Prezydenckiego, inni w ogóle nie chcą upamiętniać ofiar katastrofy poza grobami na cmentarzu. Taka jest prawda. Wcześniej sugerowano, że najlepszą formą pamięci po Lechu Kaczyńskim będzie dawanie bezdomnym kotom karmy. Dla takiego punktu widzenia hospicjum to daleko idący kompromis. Ale na pewno nie zadowoli drugiej strony, bo w gruncie rzeczy ma związać zwolennikom pomnika ręce.
Po trzecie: budowanie pomników to wielowiekowa tradycja, wiąże się zawsze ze składaniem wieńców w różne rocznice. Trudno sobie wyobrazić, że będzie można składać wieńce pod hospicjum pełnym dzieci w ciężkim stanie. Ten pomysł też nie rozwiąże tego problemu, a wieńce i znicze będą nadal ustawiane pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. No, chyba że na zawsze już będzie oddzielony od świata zasiekami.
Po czwarte: wątpię też, czy bliskość Świątyni Opatrzności to dobre, spokojne i dyskretne miejsce dla cierpiących.
Po piąte: jak nazwać hospicjum, by uczcić ofiary. Czy naprawdę hospicja w Polsce nie mogą nosić nazw przyjemnych dla cierpiących dzieci, np. bohaterów różnych bajek. Bo jakie mogą być propozycje. Hospicjum im. Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Aż przyjemniej cierpieć. To może od razu: Hospicjum im. Podziałów Politycznych, Indolencji Państwa i Wzajemnej Nienawiści.
Przecież i tak tym dzieciom nie trzeba żadnych łusek z oczu zrywać. One nie mają już wielu złudzeń.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Afrykańskie ministerstwo dobrych wiadomości

Ostatnio tylko dobre wieści dochodzą z Wrocławia. Według „Gazety Wrocławskiej” nic tam się po prostu nie dzieje, A to pięcioletnia dziewczynka jadąc z minimalną prędkością wjechała rowerkiem w tył bmw. A to interweniujący policjanci, nie musieli interweniować, bo nikogo nie było. A to strażacy ugasili kosz na śmiecie. Nudno, aż mówić się o tym nie chce.
Niby wiadomości powinny być takie same, a nie są. Np. we francuskim kanale TV5 są wieczorem dwa programy informacyjne. Najpierw jest dziennik dla mówiących po francusku Szwajcarów. Pamiętam, że kiedyś najważniejszą wiadomością była jakaś paskudna choroba, która zaatakowała kasztanowce w centrum Berna. Powołano specjalną komisją na szczeblu kantonalnym, uruchomiono olbrzymie środki finansowe, a instytuty badawcze podjęły szybkie działania. Opłakiwano ofiary wśród drzew.
Zaraz potem emitowano informacje dla francuskojęzycznej Afryki. A tam pierwszą jest wiadomość, że głód w jednym kraju zostanie powstrzymany dzięki finansowanej przez świat akcji powszechnej uprawy orzeszków ziemnych. Po tej bardzo dobrej wiadomości, jest gorsza z sąsiedniego państwa, w którym stwierdzono rozszerzanie się pustynnych rejonów o kilka-kilkanaście kilometrów rocznie. Będzie to przyczyną kolejnej klęski głodu. Pustynia się rozszerza, bo wszyscy uprawiają orzeszki ziemne.
Można by odnieść wrażenie, że Wrocław to jedyne w Polsce miejsce nie ogarnięte wszelakimi kataklizmami. Taka nasza Szwajcaria, oaza spokoju. Ale czy tak jest? Oto najlepiej zapytać powodzian z wrocławskiej dzielnicy Kozanów.

niedziela, 15 sierpnia 2010

2035: inscenizacja bitwy o krzyż

Warszawa, sierpień 2035, obchody XXV Rocznicy Bitwy o Krzyż
Superexpress: „Prezydent odsłania tablicę na Pałacu Prezydenckim”.
„W dniu wczorajszym prezydent RP odsłonił tablicę na skrzydle Pałacu przy hotelu Bristol (tzw. Skrzydło Tablic) upamiętniającą historyczne wydarzenia sprzed 25 lat. Na płycie wyryto napis: W tym miejscu po zdradzieckim ustawieniu krzyża przez garstkę prowokatorów doszło do spontanicznej manifestacji, po której władze RP i Warszawy w dniu 14 sierpnia 1920 roku usunęły ostatecznie to zagrożenie dla niepodległość Państwa Polskiego. Chwała manifestantom! Chwała władzom! Chwała restauratorom!

Fakt: "Krakowskie Przedmieście Krzyża, Krakowskie Przedmieście Bitwy o Krzyż czy też Krakowskie Przedmieście Demokracji - wśród stołecznych radnych nie ma jedności".
Gazeta Wyborcza: „Ochotnicy z całej Polski wzięli udział w inscenizacji bitwy o krzyż”.
„Po 25. latach na Krakowskim Przedmieściu doszło do wspaniałej inscenizacji bitwy o krzyż. Dzięki wielu próbom udało się starannie odtworzyć najbardziej drastyczne momenty. Przepychankom i obelgom nie było końca”.

WP.PL: „Nieudana próba kontrinscenizacji”.
„Pomimo prewencyjnych aresztowań grupce przeciwników inscenizacji udało się przedrzeć na miejsce uroczystości. Garstka, głównie starszych osób, skandowała „Pamiętamy o tragedii”, "Piłsudski" i "Rok dwudziesty". Próbowano też rozwinąć transparent. Przy obywatelskim wsparciu akcja ta została powstrzymana przez policję. Osoby zatrzymano, będą im postawione zarzuty”.

RMF 24: „Pokaz filmów Andrzeja Wajdy i nocne czytanie Janusza Palikota po oficjalnych uroczystościach we wszystkich kanałach telewizyjnych”.
TVN 24: „Nie ma jedności w organizacjach kombatanckich”.
„Po przyjęciu ustawy dającej osobom biorącym udział w bitwie o krzyż uprawnienia kombatanckie wydawało się, że wszystko wróci do normy. Stało się jednak inaczej. Grupa kombatantów skupiona głównie wokół Facebook for Democracy zapowiedziała, że w imię pojednania i poszanowania wartości demokratycznych nie będzie brała udziału ani we wspólnych uroczystościach, a nie we wspólnej organizacji z tzw. obrońcami krzyża. W wyniku tego powstały dwie organizacje kombatanckie Związek Fejsbukowych Weteranów na Rzecz Wolności i Demokracji oraz Fejsbukowi Kombatanci dla Krzyża i Polski”.

TVP Info: „Grób Nieznanego Fejsbukowicza i Żołnierza jeszcze nie teraz”.
„Z powodu podziałów w środowiskach kombatanckich nie dojdzie do złożenia prochów Nieznanego Fejsbukowicza w Grobie Nieznanego Żołnierza. Członkowie Związku Fejsbukowych Weteranów na Rzecz Wolności i Demokracji stwierdzili, iż mają uzasadnione podejrzenia, że Nieznany Fejsbukowicz miał związki z PiS. Jednocześnie do Narodowego Instytutu Pamięci Wirtualnej wpłynął wniosek Fejsbukowych Kombatantów dla Krzyża i Polski o ponowne zweryfikowanie danych Nieznanego Fejsbukowicza. Ze względu na długie procedury uroczyste złożenie jego prochów w Grobie Nieznanego Żołnierza będzie możliwe dopiero za trzy lata”.

Program I Polskiego Radia: W cieniu obchodów rocznicy Bitwy o Krzyż uroczystości upamiętniające bitwę warszawską 1920”.
„115 lat temu 15 sierpnia 1920 bitwa pod Warszawą zatrzymała marsz bolszewików na podbój Europy. W tym roku centralne obchody tej rocznicy odbyły się w szkole podstawowej w Radzyminie. W uroczystościach wzięli udział wiceminister ochrony środowiska oraz dyrektor departamentu kultury dzielnicy Ursynów. Wieczorem w Warszawie odbyła się sesja naukowa w Wyższej Szkole Ogrodniczej pt. „Konsekwencje strat ludnościowych a rzeczywisty stan gospodarki odradzającej się Polski w 1920 roku. Mity i prawda”. Obok naukowców z Polski wzięli w niej udział historycy z Mołdawii, Kosowa, Czarnogóry i Mongolii”.

czwartek, 3 czerwca 2010

Pożegnanie kwiaciarni


I tak w ciszy przestała pracować najstarsza w Warszawie kwiaciarnia. Nie ma jej od 1 czerwca. Na rogu Puławskiej i Rakowieckiej działała od 1941 roku. W tym samym domu mieszkał kiedyś Melchior Wańkowicz, a potem jego wnuczka z mężem prowadzili tutaj słynne miejsce spotkań, salon niepokornej Warszawy w czasach PRL.
Ta kwiaciarnia była częścią krajobrazu Starego Mokotowa i Warszawy. Miała swój klimat, ładne kwiaty, sympatyczną obsługę i przyzwoite ceny. Była blisko mnie, ale to najmniej ważne. Przyczyną zamknięcia nie było to, że dawni właściciele odzyskali swój dom. Budynkiem nadal zarządzają władze miasta i one dyktują ceny najmu (w tym samym domu była do niedawna apteka, o niej ostatnio było w prasie bardzo głośno, w całą aferę był zamieszany radny z PO).
Teraz pewnie w tym miejscu będzie kolejny bank. Ktoś powie i dobrze. Wolny rynek tego wymaga, takie atrakcyjne miejsca potrzeba poddać swobodnej grze rynkowej. Dobrze, ale w pobliżu w mieszkaniach kwaterunkowych, wartych setki tysięcy złotych, mieszkają autentyczne lumpy. Naprawdę w tej atrakcyjnej okolicy jest ich bardzo dużo. Dlaczego wobec nich nikt nie stosuje polityki rynkowej. Wystarczyłoby ich przenieść w dużo tańsze miejsce, a zainwestowane w to pieniądze zwróciłyby się z naddatkiem. Dlaczego tak surowej weryfikacji musi być poddana taka kwiaciarnia, która była miejscem pracy dla kilku osób. A menele, świetnie żyjący z zasiłków z naszych pieniędzy, mieszkają w najatrakcyjniejszych i najdroższych miejscach w Polsce.
Kraj absurdów.

wtorek, 25 maja 2010

Klich rozkoszy

– Ktoś leciał w kokpicie. Kto?
– Nie mogę powiedzieć, powiem tylko, że miał damskie ubranie.
– Jest taka pewność?
– Nie stuprocentowa, ale jest. Potwierdzam.
– Czy to była kobieta?
– Tego nie powiedziałem.
– Ale ubrany jak kobieta?
– Nie, tego też nie powiedziałem.
– Czy ten ktoś był członkiem załogi.
– Nie, z całą pewnością nie był.
– Ale był mężczyzną w kobiecym przebraniu…
– Niewątpliwie, wszystko wskazuje na to, że to był mężczyzna, choć jeszcze strona gospodarzy tego nie potwierdziła, a ja zaś nie mogę tego powiedzieć, bo wiąże mnie do czasu raportu pewna tajemnica, której zdradzić mi nie wolno.
– Czyli był to mężczyzna udający kobietę?
– Tego też nie powiedziałem, stwierdziłem jedynie, że jest przypuszczenie, iż ten ktoś miał kobiece ubranie.
– Miał, ale nie był w nie ubrany?
– Właśnie tak, ten ktoś miał ubranie. Dokładniej, ubranie kobiece znaleziono przy tej osobie.
– To znaczy?
– Nie mogę zdradzać wielu szczegółów, bo są one objęte tajemnicą śledztwa, ale mogę powiedzieć, że leżało obok tej osoby.
– Czyli mogło też należeć do kogoś innego?
– Ten wątek też jest badany. Ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej.
– A co to było za ubranie?
– Z tego, co wiem od śledczych, był to damski płaszcz. Proszę mnie nie pytać, więcej szczegółów nie mogę powiedzieć.
– Czyli możemy przypuszczać, że ten ktoś – prawdopodobnie mężczyzna – mógł tym strojem rozproszyć załogę?
– Nie wiemy konkretnie, tego nie ma zarejestrowanego na czarnej skrzynce. Ale mężczyzna trzymający damski płaszcz…
- Zakładający?
– Raczej trzymający, leżał obok, więc nie da się ustalić w stu procentach, czy było gwałtowne zakładanie. Ale już samo trzymanie płaszcza jest oznaką przygotowywania się do wyjścia.
– Sugeruje pan, że pasażerowie stali już przy drzwiach?!
– Tego nie uda się w żaden sposób udowodnić, ale istnieje uzasadnione przypuszczenie, że ktoś kto mógł mieć przy sobie płaszcz, wywierał na pilotów wojskowych silną, trudną do wytrzymania presję. Dlaczego przed lądowaniem przygotowywał się do wysiadania? Taka presja musiała więc być. Za wcześnie na wyciąganie wniosków, ale trzeba to brać pod uwagę. Oczywiście, to jest tylko hipoteza, ale jakże wiarygodna.

***

Tak od miesiąca wyglądają rozmowy o głosach słyszanych w kokpicie.
Nie chciałem o tym mówić. Czekałem na oficjalne zakończenie prac specjalnych komisji i obu prokuratur.
Zaraz po katastrofie smoleńskiej Edmund Klich, przewodniczący Komisji Badania Wypadków Lotniczych, powiedział, że nie szuka winnych, lecz określi jakie wady systemowe wpłynęły na tragiczny wypadek. I to mi się bardzo podobało. Nie chciał gadać, miał pracować. Ostatnio jednak pan Klich bardzo się uaktywnił.
Dlaczego nagle ujawnia dane objęte dochodzeniem prokuratury? Dlaczego jeden wątek stał się tak ważny? Chce się komuś podlizać? Czegoś się boi? Co mu się stało?
Podejrzewam, że zachorował na lustrzycę. Widzi się na ekranie telewizora, który stał się dla niego lustrem świata. Jestem w telewizji, więc jestem. Jestem kimś wielkim.
Przecież nikt Klicha nie zaprosi do radia lub telewizji, żeby mówił o konieczności konsolidacji poszczególnych procedur i obowiązku większej współpracy między instytucjami zabezpieczającymi loty wysokich urzędników państwowych. Nudne, prawda? Ale już co innego, kiedy opowiadamy: co tam było w kokpicie? Samo leci.
Tak więc Edmund Klich stał się celebrytą. Pije z kielicha rozkoszy. Klich próżności.

piątek, 7 maja 2010

Najciemniej pod świeczką

A jednak nie zapalę świeczki radzieckim żołnierzom. Z powodu organizatorów tej akcji. Wahałem się bardzo długo. I byłem gotów odstąpić od pewnych zasad, ale organizatorzy złamali dla mnie zasadę podstawową. Działają w sekrecie, a to wyklucza mój udział w tym przedsięwzięciu. Ale o tym za chwilę.
Zasadniczo jestem za pojednaniem, ale uważam, że to długi proces, który nie dokonuje się przez zapalenie świeczki kupionej nawet za 30 złotych. Wyznawana przeze mnie hierarchia zabrania korzystania - w miarę możliwości - z produktów niewolniczej pracy w każdej postaci. Jeśli kupuję jajka od kur z wolnego wybiegu, to czymś naturalnym jest, że tego samego oczekuję od produktów wyprodukowanych przez ludzi. Mam świadomość ograniczeń i kompromisów, ale te nie mogą ograniczać zasad. Dlatego też na przykład nie jeżdżę na wypoczynek do krajów, w których nie ma demokracji. Wiem, że dużo tracę, czegoś tam nie zobaczę, ale mnie z tym dobrze. Co to ma wspólnego z zapalaniem świeczki?
A przede wszystkim to, że Rosji też nie mogę odwiedzić, choć jestem wielkim wielbicielem kultury stworzonej przez ten wspaniały naród. Rosja nie jest krajem demokracji i prawa. Gesty polityków pomagają przy pojednaniu, jednak ono zawsze dokonywało się na poziomie wolnych społeczeństw.
Do końca też nie wiem do kogo ten gest jest skierowany. Do całego świata? Przeciw Kaczyńskim? Do Putina? Do społeczeństwa rosyjskiego? A może tylko do nas, tutaj?
Mimo wszystko uważam jednak, że czasami trzeba wykonać pewne gesty. Nawet wbrew sobie. Pomyślałem zrobię. Pójdę kupię lampek za 30, 50 złotych, niech mi tam. I zapalę. I to może nie nawet dla tego pojednania, a dla szacunku wobec prozy wojennej białoruskiego pisarza Wasila Bykau’a (Wasilija Bykowa), którego wielbię, i który dla mnie stworzył najbardziej poruszające obrazy wojny. Tak to sobie tłumaczyłem. I zacząłem poważne przygotowania do akcji. Wczytałem się więc uważnie w hasła apelu i komentarze świetnych kolegów. W ten sposób trafiłem na stronę internetową organizatorów (9maja.pl) i zdębiałem. Czytam oczy przecieram, nie wierzę. Mam postawę obywatelską, więc zwykle „Gazetę Wyborczą” czytam pięć razy, żeby dzięki temu w Polsce było większe czytelnictwo, no i też moje koszty się wtedy zmniejszają. Tym razem przeczytałem tę stronę 10 razy!
Oto ten tekst: "Jako koordynatorzy akcji 9maja.pl podjęliśmy wspólną decyzję, że nie będziemy udostępniać naszych danych osobowych. Prosimy o wyrozumiałość: pragniemy podkreślić wspólnotowy wymiar akcji oraz wagę gestu każdego Polaka, który 8 lub 9 maja zapali znicz na mogiłach żołnierzy radzieckich i tym samym przyczyni się do polsko-rosyjskiego pojednania. Z uczestnikami akcji można się łatwo skontaktować za pośrednictwem Facebooka, do czego zachęcamy. O inicjatywie piszą od jej początku najważniejsze polskie media, m.in. "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita". Dla niektórych z Państwa data 9 maja w tytule akcji może wydać się kontrowersyjna, dla większości Rosjan jest to jednak data końca wojny. Nie chcemy, by wybór daty świadczył o chęci relatywizowania historii. Naszym celem jest przebudzenie świadomości Polaków i zachęcenie ich do tego, by 8 lub 9 maja, a później każdego 1 listopada, kiedy zwyczajowo wspominamy zmarłych, palili świeczki na grobach poległych żołnierzy."
Organizowałem podobne akcje i wiem, że w państwie demokratycznym jest jedna podstawowa zasada. Organizatorzy takich akcji występują jawnie. I to nie z tego powodu, że tak wypada. Takie są reguły gry w państwie prawa. Po pierwsze: zbierają na stronach Facebooka (gdzie też są anonimowi) poparcie, a więc ludzie udostępniają im swoje dane osobowe. Po drugie: organizują tak naprawdę coś w rodzaju manifestacji, ponoszą więc odpowiedzialność za to co się tam dzieje.
To jest jak anonim. Przecież tego nie organizuje jakaś tajemnicza bojówka "9 maja", a ruch wsparty powagą takich autorytetów jak Andrzej Wajda, Adam Michnik, Maria Janion, Wisława Szymborska, Tadeusz Mazowiecki, abp Józef Życiński i wiele innych wspaniałych postaci. I ich autorytet nie może być narażony na szwank.
Jeśli na stronie organizatorów czytam, że anonimowe osoby zapraszają na cmentarze, zaczynając 9 maja od godz. 00.00 do 11 maja do 23.30, to - przepraszam - brzmi niepoważnie. Chciałbym wiedzieć, co za bystrzak wpadł na idiotyczny pomysł nocnych wizyt na cmentarzach.
Utajnia się organizatorów tylko w dwóch przypadkach, albo jak się organizuje prowokację, albo jak się chce manipulować grupą wbrew woli osób, które w niej uczestniczą. I kiedy chce się ukryć złe intencje. No i z głupoty. Nie chce mi się wierzyć, żeby było tak w tym przypadku. Po prostu to jest niemożliwe.
Naruszenie tej zasady, dla mnie najważniejszej - mimo wsparcia autorytetów, które darzę wielkim szacunkiem - czyni to przedsięwzięcie kompletnie niepoważnym, a całą ideę sprowadza do absurdu. A potajemne działanie więcej sprawie pojednania zaszkodzi niż pomoże.
Nie wstydzą się chyba osobistości, które wystosowały apel w tej sprawie. Tym bardziej sami swoich działań też się nie powinni wstydzić. A nie wierzę, że mając taki parasol autorytetów i mediów czynili to ze strachu. To niemożliwe. Słowa o tym, iż to ma być „wspólnotowy wymiar akcji” pokazujący „wagę gestu każdego Polaka” nie zwalniają organizatorów od gestu zasadniczego. A nim jest zawsze jawność. To ma być przecież wielki gest wolnych ludzi.
No, bo przecież nie boją się Putina? To już byłby kompletny absurd.

środa, 5 maja 2010

Rakowski, syn Wiłkomirskiej

Zawsze mnie cieszy, jeśli ktoś mi znany odnosi sukces. Niedawno dowiedziałem się, że właśnie kimś takim jest Artur Rakowski, z którym „Polityka” przeprowadziła wywiad ( Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Już bez Polski żyję, Rozmowa z Arthurem Rakowskim, „Polityka” nr z 23 kwietnia 2010 r.).
Z Arturem Rakowskim chodziłem do liceum, choć nie wiem, czy mógłbym go określić jako swojego znajomego. Pewnie spotykaliśmy się na papierosie, w Zlewie (teraz tam jest Maska), może jakąś flaszkę na imprezie zaliczyliśmy. Oczywiście, mieliśmy wielu wspólnych znajomych, a charakterystyczny styl Saskiej Kępy powodował, że nawet jak człowiek nie chciał to i tak wiedział co u innych się dzieje. Taka bardzo pobieżna znajomość. Pewnie mnie nawet nie pamięta.
Nigdy, by mi jednak nie przyszło do głowy, żeby Artura Rakowskiego zapytać o wybory polityczne jego ojca, Mieczysława F. Rakowskiego. Kiedy chodziliśmy do szkoły stary Rakowski był postacią znaną, często komentującą w telewizji, głównie sprawy niemieckie. Zresztą atrakcyjność medialna redaktora naczelnego “Polityki” była dla nas młodych dość znikoma. Gadał coś w telewizji, dla nas nic szczególnego. Podobnie było z jego tekstami. W „Polityce” wszyscy zaczytywali się Passentem i Urbanem.
W odbiorze społecznym, codziennym ważniejsza była matka Artura Rakowskiego, wielka skrzypaczka, Wanda Wiłkomirska. Wtedy to była prawdziwa gwiazda. Pamiętam, że Artura i jego brata ludzie pokazywali sobie na ulicy i mówili: - To Rakowski, syn Wiłkomirskiej. I wszystko było jasne.
Rakowscy mieli opinię ludzi, jak na warunki PRL bardzo zamożnych, ale i też nie pamiętam z tego powodu zawiści. Wszyscy darzyliśmy Wiłkomirską szacunkiem, bo wiedzieliśmy, że jej sukces jest wynikiem wielkiego talentu i olbrzymiej pracy. Nie pamiętam, by ktoś to kwestionował. Wiłkomirska była dumą Saskiej Kępy.
Kiedyś, chyba Artur był w klasie maturalnej, wystąpiła z małym koncertem w sali gimnastycznej. Na pewno wśród wykonanych utworów, jako drugi lub trzeci zagrała utwór Grażyny Bacewicz. Zwykle występujący w szkołach artyści nie mieli łatwego życia, sale z uczniami delikatnie mówiąc nie należały do grzecznej widowni. Podczas występu Wiłkomirskiej - jak na szkolne warunki - był wyjątkowy spokój. Była odbierana jak prawdziwa międzynarodowa gwiazda. Nikt też nie odbierał tego jako coś nagannego, wszyscy uważali, że zachowała się normalnie, jak inni rodzice. Jedni załatwiali autokar. Ona dała nam koncert. Taki to był świat.
Wiedziałem z plotek, że Artur wyjechał za granicę. Chyba doszło do mnie, iż pewnie nie wróci. Było o tym głośno. Wtedy też zaczynał się najbardziej znany okres kariery politycznej jego ojca. Mieczysław F. Rakowski z prominentnego redaktora naczelnego stał się jedną z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci lat osiemdziesiątych. Czytając kilka lat temu w “Gazecie Wyborczej” wywiad Anny Żebrowskiej z Wandą Wiłkomirską uświadomiłem sobie pewną rzecz ("Jeszcze możesz wygrać ten mecz. Z Wandą Wiłkomirską rozmawia Anna Żebrowska", Gazeta Wyborcza - 18/09/1998). Dla mnie Rakowski - premier, Rakowski - polityk stanu wojennego, i jego syn - emigrant, to dwie odrębne historie. Nie wiążę ich. Dla mnie się nie splatają. Dziwne, nie. Rozmowa w „Polityce” utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Sam wywiad jest bardzo interesujący, choć moim zdaniem dobrze przeczytać dwa wywiady razem, ten Wiłkomirskiej sprzed kilku lat i współczesny jej syna. - Od dawna mam paszport niemiecki i niemieckie obywatelstwo. Jestem konsekwentna w swoich postępkach. Jeśli odchodzę od mężczyzny lub on ode mnie, to się z nim rozwodzę. Kiedy zamieszkuję w Niemczech - przyjmuję obywatelstwo i uczciwie płacę podatki. Gdy teraz koncertuję w Polsce, jestem traktowana przez urząd skarbowy jako cudzoziemka i ściągają mi 20 proc. podatku - nie 10, jak polskim artystom. Uważam, że to w porządku. Polska jest moją starą ojczyzną, zawsze będę świadczyła na jej rzecz, pomagała, w czym tylko mogę. Jestem jednak lojalna wobec kraju i miasta, w którym mieszkam - bo kiedy matka tak mówi o swoim życiu i o swoich wyborach, lepiej można zrozumieć decyzje jej syna.
- Moja firma zbudowała i prowadzi w Gdańsku port kontenerowy. Ale mój pogląd jest taki, że Polska jest trudna do rządzenia, a natura Polaków nie sprzyja rozwojowi kraju. Cała historia pokazuje, ile straciliśmy, bo nie umiemy dojść do kompromisu. Gdyby Polacy potrafili lepiej zarządzać swoim potencjałem, mogliby zajść bardzo daleko - mówił dzienikarzom „Polityki”. - Chcieliśmy zainwestować w drogi. Ale od 10 lat decydenci nie mogą się dogadać, czy te autostrady mają być prywatne czy państwowe. Kto, w jaki sposób i z czego ma je budować, czy mają obowiązywać winiety czy nie, itd. To, co tutaj zajmuje dwa lata (tj. w Wielkiej Brytanii – przyp. GS), w Polsce – dekadę. Wszystko jest upartyjnione, po wyborach pierwsze trzy lata czyści się urzędy z nie swoich ludzi, a potem zatrudnia swoich, potem są wybory i tak w kółko.
Artur Rakowski jest człowiekiem sukcesu, finansistą, człowiekiem Zachodu. Zupełnie inny styl myślenia niż ten, do którego jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni. Ta rozmowa pokazuje, że ludzie wykształceni, odnoszący sukces na świecie, po prostu nie będą chcieli tu wracać. Nikt w końcu nie chce się męczyć i korzyć przed naszymi urzędnikami, a potem jeszcze w świecie tłumaczyć za nich. Nikt rozsądny nie chce się zastanawiać, który z najwyższych urzędników w państwie wejdzie do pomieszczenia pierwszy, kto usiądzie i gdzie na krześle. To są problemy problemy prowincjuszy. Przecież normalni ludzie wyznaczają sobie cele i je zdobywają. I o tym mówią.
Kilku moich znajomych powiedziało mi, że dawno nie czytało tekstu, w którym ktoś tak niezwykle konsekwentnie dystansuje się od Polski i polskości. Ale to chyba nie to. Artur Rakowski po prostu te relacje poddał racjonalnej analizie. Tak jak zresztą czynią to ludzie nowocześni i pozbawieni kompleksów. Zrobił bilans plusów i minusów, wyciągnął oczywiste wnioski. A ponieważ - w przeciwieństwie do nas - żyje gdzie indziej, to co nas denerwuje, nie musi być w ogóle jego problemem. A nawet jeśli, by chciał Polsce pomóc, to i tak nie może, bo nikt tak naprawdę tego nie chce. Zbyt wielkie sztaby ludzi dobrze żyją z tego, żeby nie budować autostrad. Tego się już nie da zmienić. My musimy się z tym pogodzić, on może to olać.
I tego mu zazdroszczę.

PS. Napisałem to w nocy z 9 na 10 kwietnia, miałem rano edytować jako posta. Z powodów oczywistych o tym tekście zapomniałem.

środa, 28 kwietnia 2010

Staszek Mikke. Post scriptum Eli Sawickiej

Grzesiu, przyłączam się. Szpital na Banacha... Ja też w lutym i marcu 2009 biegałam tam prawie codziennie - do męża, który ciężko zachorował na nerki. Spotykaliśmy się ze Staszkiem Mikke przy windzie albo na korytarzu, staliśmy w tych głupich plastikowych niebieskich kapciach i próbowaliśmy dodać sobie otuchy. On był bardzo serdecznym człowiekiem.
Elżbieta Sawicka, przeniesione z fejsbuka

niedziela, 25 kwietnia 2010

Frankenstein na prezydenta


Muszę ten ciężar wziąć na siebie. Nie, nie mogę pozwolić, żeby władza dostała się w nieodpowiednie i nieodpowiedzialne ręce. Muszę zatrzymać mroczny świat Drakuli. Zatrzymać marsz tego krwiopijcy. Nie robię tego dla siebie, dla rodziny i przyjaciół. Robię to dla Polski. Polsko! Nadchodzę! Nie zwlekaj oddaj swój głos na Frankensteina! Wybierz mnie!

środa, 14 kwietnia 2010

Bez słów III

Staszek Mikke

Kilka lat temu spotkaliśmy się 1 sierpnia na Powązkach i zdumniało nas, że jego syn. Włodek i moja córka chodzą do tego samego przedszkola. Zresztą to właśnie dzieci się pierwsze w tym tłumie rozpoznały.
Ostatni raz spotkaliśmy się w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Było to późnym wieczorem w niedzielę 15 lutego 2009 roku. W szpitalu na Banacha. On biegł do swojej matki, która była w krytycznym stanie, my do mamy żony w agonii.
– Walczcie, walczcie, na pewno jest jeszcze jakaś szansa – mówił. I pobiegł trzymać się swojej nadziei.

Teraz od przyjaciół dowiedziałem się, że w tej jednej katastrofie Włodek stracił dwóch ojców. Andrzej Przewoźnik był jego ojcem chrzestnym.

Sąsiadka



Tak blisko, i tak daleko.