Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 listopada 2010

Cios demokracji

Wybory samorządowe minęły. Mogę się więc przyznać, że w tej rodzimej samorządności maczałem swoje brudne palce. Dwadzieścia lat temu, wiosną 1990 roku wraz z grupą dziennikarzy o rodowodzie opozycyjnym wszedłem w skład kierowanego przez Michała Kuleszę zespołu tygodnika "Wspólnota". Pismo to powstało na gruzach istniejącego w PRL tygodnika "Rada Narodowa".
Pomysł naszego redaktora naczelnego, a teraz profesora MichałaKuleszy był prosty i wzorowany na tym, co zastosował w "Rzeczpospolitej" Dariusz Fikus. Stary zespół po prostu zmieszano z ludźmi, którzy mieli za sobą doświadczenia podziemne. Kto nie potrafił pójść na kompromisy sam odchodził. W takim też składzie dyskutowaliśmy o idei samorządności i jeździliśmy po Polsce, żeby opisać to co się dzieje. A działo się dużo. Oj, działo się.
Ponieważ byłem liberałem gospodarczym zostałem przewodniczącym zakładowej "Solidarności", bo po wprowadzeniu reformy Balcerowicza nasz status prawny był tak skomplikowany i niejasny, że ktoś musiał negocjować warunki wszystkich pracowników tygodnika.
I tu jest najzabawniejszy fragment rzeczywistości z początków III RP. Wydawcą "Wspólnoty" tak jak zresztą wcześniej "Rady Narodowej" była Kancelaria Prezydenta. Krótko mówiąc moim szefem był Wojciech Jaruzelski.
Tyle lat knucia, spiskowania. I od razu na samym początku demokracji taki cios.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Afrykańskie ministerstwo dobrych wiadomości

Ostatnio tylko dobre wieści dochodzą z Wrocławia. Według „Gazety Wrocławskiej” nic tam się po prostu nie dzieje, A to pięcioletnia dziewczynka jadąc z minimalną prędkością wjechała rowerkiem w tył bmw. A to interweniujący policjanci, nie musieli interweniować, bo nikogo nie było. A to strażacy ugasili kosz na śmiecie. Nudno, aż mówić się o tym nie chce.
Niby wiadomości powinny być takie same, a nie są. Np. we francuskim kanale TV5 są wieczorem dwa programy informacyjne. Najpierw jest dziennik dla mówiących po francusku Szwajcarów. Pamiętam, że kiedyś najważniejszą wiadomością była jakaś paskudna choroba, która zaatakowała kasztanowce w centrum Berna. Powołano specjalną komisją na szczeblu kantonalnym, uruchomiono olbrzymie środki finansowe, a instytuty badawcze podjęły szybkie działania. Opłakiwano ofiary wśród drzew.
Zaraz potem emitowano informacje dla francuskojęzycznej Afryki. A tam pierwszą jest wiadomość, że głód w jednym kraju zostanie powstrzymany dzięki finansowanej przez świat akcji powszechnej uprawy orzeszków ziemnych. Po tej bardzo dobrej wiadomości, jest gorsza z sąsiedniego państwa, w którym stwierdzono rozszerzanie się pustynnych rejonów o kilka-kilkanaście kilometrów rocznie. Będzie to przyczyną kolejnej klęski głodu. Pustynia się rozszerza, bo wszyscy uprawiają orzeszki ziemne.
Można by odnieść wrażenie, że Wrocław to jedyne w Polsce miejsce nie ogarnięte wszelakimi kataklizmami. Taka nasza Szwajcaria, oaza spokoju. Ale czy tak jest? Oto najlepiej zapytać powodzian z wrocławskiej dzielnicy Kozanów.

piątek, 26 lutego 2010

Aport rzeczowy

A już myślałem, że franciszkanie poszli drogą karmelitów bosych. A raczej nagich. Pamiętając, że zakon franciszkanów posiada jakieś resztki udziałów w Telewizji Puls, entuzjastycznie przyjąłem nową ofertę programową, a szczególnie misyjny program „Goło i wesoło”.
Idea tego programu jest banalnie prosta. Skąpo ubrana dziewczyna wykonuje jakieś banalne prace. A to myje szybę, a to ryje asfalt młotem pneumatycznym, a to pyta się o drogę. W trakcie tych czynności nagle jej bluzka spada i obnaża całkiem ładne piersi.
Byłem zachwycony. Wyglądało, że zakonnicy w sposób nowoczesny i atrakcyjny chcieli młodej i zdemoralizowanej publiczności przedstawić ideę zakonu żebraczego.
Niestety, byłem w błędzie. Okazało się, że braciszkowie pozbyli się ostatecznie swoich udziałów, a ekranowa obecność cycatych sióstr jest inicjatywą nowego właściciela. Zapewne przedstawił dzieje ostatniego aportu rzeczowego franciszkanów.

wtorek, 16 lutego 2010

Bój ich ostatni

A jednak żona ma rację. – Jak zawsze – sama pewnie powie tak, gdy zapozna się wreszcie z tym moim stwierdzeniem. Jestem zakupoholikiem, a moich antychińskich nastrojów zaczynam się wstydzić, bo wypadam na strasznego nacjonalistę. Przecież prawda jest taka, że rodzimą produkcję zacząłem tępić od czasu, gdy zauważyłem, że ona tępi nas niskich, którzy ledwo co osiągnęli metr i te 70 centymetrów. Krajowi producenci uważają, iż mężczyzna zaczyna się od 180 centymetrów. Niższy jest jedynie istotą niegodną uwagi, która może mieć za długie rękawy i nogawki. Ma płacić, dziękować i nic nie gadać. Kurduple zasrane.
Dlatego też od kilku lat z przyjemnością robię zakupy korzystając z usług firm zachodnich, które na niskich patrzą życzliwiej niż rodzimi producenci. W końcu ta Europa to jedna wielka rodzina i każdy z nas jest nieślubnym potomkiem królowej Bony.
A zemsta bywa słodka. Bardzo słodka. Robiąc porządki polegające na pozbyciu się starych gazet, a jest to czynność dla mnie bardzo wyczerpująca, bowiem każdą gazetę czytam od nowa odnajdując w niej treści, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi, a więc robiąc te porządki (czyli czytając stare gazety) zauważyłem, iż na jesieni 2009 roku zapowiadano upadek kilku polskich firm odzieżowych. Od razu poczułem się lepiej. Niscy górą!
Oto mój banalnie prosty protest, mój jednoosobowy bojkot przyniósł kolosalne efekty. Ci, którzy byli przeciwko mnie padają jak mrówki. Ich nazwy co prawda nic mi nie mówią. Ale to nic. Niech teraz drżą następni: firmy komputerowe i telekomunikacyjne, dostawcy internetu i facet z warzywniaka. Będzie to wasz bój ostatni!
O! A tu napisali, że wszyscy szyli w Chinach. Czyli jednak nie żona, ale to ja mam rację!