Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Jaruzelski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Jaruzelski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 grudnia 2010

Brama prymasa. Cieć, ubek, minister i dwaj studenci

Jeszcze przed północą było wiadomo, że dzieje się coś poważnego. Telefony przestały działać. A na strajk na Politechnice Warszawskiej zaczęli przychodzić pierwsi ci, którzy uniknęli aresztowania. Wiedzieliśmy już, że spacyfikowano siedzibę Regionu Mazowsze „Solidarności” na ulicy Mokotowskiej.

Z Piotrkiem Niemczyckim pojechaliśmy sprawdzić co się dzieje na Szpitalnej w siedzibie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Tam na szczęście nic się nie działo. Mieli wieści z miasta i czekali z niepokojem na to, co miało się nieuchronnie wydarzyć. Z Piotrkiem pojechaliśmy jeszcze w parę miejsc i znów wróciliśmy na Szpitalną. Nie mieliśmy dobrych wiadomości. Był środek nocy i ktoś wpadł na pomysł, żeby zawiadomić władze kościelne.

I znów we dwóch ruszyliśmy. Próbowaliśmy i tu, i tam. Albo na przeszkodzie stał zepsuty dzwonek, albo dziwni faceci pod drzwiami. Podjęliśmy decyzję idziemy do Prymasa. Zawitaliśmy na Miodową. Stanęliśmy pod wielką bramą i bez wahania zadzwoniliśmy. Nagle za naszymi plecami zatrzymały się dwa samochody. Chwila nieprzyjemnej niepewności. Ale to wyglądało na limuzynę z obstawą. Nie wiedzieliśmy, czy w zaistniałych okolicznościach to dobrze czy źle. Nie było sensu też nigdzie uciekać, więc w środku nocy staliśmy jakby się nic stało i w najbardziej naturalny ze wszystkich możliwych sposobów dzwoniliśmy do tej bramy.

Z samochodu wysiadł człowiek, który pewnie był borowcem, dla nas wyglądał jak klasyczny ubek. Ociężały, trochę nawet misiowaty. Ubrany w jakąś jesionkę z futerkowym kołnierzykiem, na głowie miał typowy dla nich kapelusz z malutkim rondem. Podszedł do nas. Stanął obok. Nie patrzył na nas. Udawał - podejrzewam - że nas nie widzi. Milcząc, z pewnym ociężałym dostojeństwem uniósł rękę i nacisnął dzwonek. Zadzwonił.

Przez jakiś czas staliśmy i tak sobie dzwoniliśmy. Raz, on, raz my, raz on, raz my, raz on, raz my...

W pewnym momencie otworzyły się drzwi w oficynie. Wyszedł cieć i jak gdyby nigdy nic zaczął odgarniać śnieg. Cieć szuflą śmiga i tu i tam, uwija się jakby pracował na akord, a my z ubekiem przy bramie dzwonimy. Raz on, raz my, raz on, raz my...

W końcu uznaliśmy, że ubek i tak dzwoni, więc trzeba dotrzeć do ciecia w sposób bezpośredni. Oddaliśmy się z 10-15 metrów od ubeka i zaczęliśmy nawoływać ciecia. Cieć jak to cieć początkowo udawał, że nic nie słyszy. Aż wreszcie w pewnym momencie zdecydował się do nas podejść. Przedstawiliśmy mu co się dzieje w Warszawie i poprosiliśmy, żeby nas skontaktował z jakimś sekretarzem Prymasa.

Wtedy cieć dostojnie z pewnym ociąganiem otworzył bramę. Wjechała limuzyna, był w niej ówczesny kierownik Urzędu do spraw Wyznań min. Jerzy Kuberski. Samochód stanął pod wejściem głównym. Nas cieć poprowadził bocznym do jakiegoś młodego księdza, któremu opowiedzieliśmy o tym co się dzieje w nocy w Warszawie.

Wróciliśmy z pewnymi perturbacjami na Szpitalną, gdzie wysłuchaliśmy pierwszego wystąpienia telewizyjnego Jaruzelskiego, (dziś byśmy powiedzieli premierowej emisji). To co się wydawało złym snem stało się jawą. Siedzieliśmy tam nie wiedząc co o tym myśleć. I wtedy ktoś wstał i powiedział: - Patrzcie to Wrona. Nie kojarzyliśmy, więc on tablicy napisał pełną nazwę i podkreślił skrót.

Nie było co siedzieć, więc zaczęliśmy ratować to, co było do uratowania: sprzęt poligraficzny i pieniądze. Schodziliśmy do podziemia.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Cios demokracji

Wybory samorządowe minęły. Mogę się więc przyznać, że w tej rodzimej samorządności maczałem swoje brudne palce. Dwadzieścia lat temu, wiosną 1990 roku wraz z grupą dziennikarzy o rodowodzie opozycyjnym wszedłem w skład kierowanego przez Michała Kuleszę zespołu tygodnika "Wspólnota". Pismo to powstało na gruzach istniejącego w PRL tygodnika "Rada Narodowa".
Pomysł naszego redaktora naczelnego, a teraz profesora MichałaKuleszy był prosty i wzorowany na tym, co zastosował w "Rzeczpospolitej" Dariusz Fikus. Stary zespół po prostu zmieszano z ludźmi, którzy mieli za sobą doświadczenia podziemne. Kto nie potrafił pójść na kompromisy sam odchodził. W takim też składzie dyskutowaliśmy o idei samorządności i jeździliśmy po Polsce, żeby opisać to co się dzieje. A działo się dużo. Oj, działo się.
Ponieważ byłem liberałem gospodarczym zostałem przewodniczącym zakładowej "Solidarności", bo po wprowadzeniu reformy Balcerowicza nasz status prawny był tak skomplikowany i niejasny, że ktoś musiał negocjować warunki wszystkich pracowników tygodnika.
I tu jest najzabawniejszy fragment rzeczywistości z początków III RP. Wydawcą "Wspólnoty" tak jak zresztą wcześniej "Rady Narodowej" była Kancelaria Prezydenta. Krótko mówiąc moim szefem był Wojciech Jaruzelski.
Tyle lat knucia, spiskowania. I od razu na samym początku demokracji taki cios.